Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Zajawka

Zajawka

Autor: Sajko

Czym jest? Hmm, to coś co sprawia, że czujesz wewnętrzną energię, chęć działania, siłę by sprostać kolejnym wyzwaniom, to klimat, oldschool, prawdziwe oblicze. Tym jest dla mnie, choć oficjalnie to ponoć pasja, coś co nakręca cię każdego dnia.

Bez pasji nie ma życia, jest tylko wegetacja, codzienne wstawanie bez określonego celu, bez ambicji, popadanie w monotonię i rutyny. Podobnie nie ma breakdance bez zajawki, dodającego skrzydeł motoru pchającego nas stale do przodu bez względu na całą chorą rzeczywistość.

Na początku zaczęło mi przeszkadzać podejście ludzi na treningach to tańca. Tak się jakoś złożyło, że w miarę jak coraz bardziej zanurzałem się w Hip-Hop'ie ze zmartwieniem stwierdzałem, że miejscówka z którą byłem na początku związany nie miała w sobie ani odrobiny klimatu. Na początku nie zdawałem sobie z tego sprawy, byłem na starcie, więc jakoś mi to nie przeszkadzało ale cóż, każdy z czasem zaczyna się rozwijać. Zaczęło się od muzy. Tak, tak, nie było to już co prawda żadne wieśniackie Flying Steps (mówiąc "wiesniackie" mam na myśli ich muzykę, a nie taniec tudzież grupę), Music Instructor czy Boomfunk MC`s (jeśli to ostatnie ma coś wspólnego z "...funk"-iem to ja chyba jestem nietutejszy!) ale stałe mordowanie jakiś mocno sopranowatych pieśni wkurwiało mnie z dnia na dzień coraz bardziej tak samo jak brak pasji w ludziach trenujących obok mnie, brak klimatu, kontaktu i rutyna, że o fascynacji klimatem techno nie wspomnę. To było jednak tylko wkurwiające, choć prawdziwe doły zaczęły się właśnie przez brak zajawki w tym środowisku. No i traf chciał, że "przestało wychodzić", że nie miałem sił aby wykonać choćby jebane bary bo taki czułem się ociężały. Sam choćby fakt, że mój trening zaczynał się wtedy od ziewania dokładnie zdaje się obrazować ówczesną sytuację. Na szczęście był także park w Chorzowie, gdzie z grupą pozytywnych ziomków może nie trzaskaliśmy tak wyczesanych figur jak tam (celowo nie podaję nazwy, ten kto ma wiedzieć, wie o jakim miejscu i ludziach mowa...) ale za to Hip-Hop zdawał się być wszechobecny, emanował niemalże po całym WPKiW!!! I to było to - złota recepta na nieśmiertelną pasję - oldschool, funky, pogadanki, biby i rozjebka z bananem na pysku, w każdy weekend, przez całą wiosnę.

Potem były wakacje - 2 miesiące mojego pobytu na żaglowcu s/y Fryderyk Chopin (nie mylić z vódką he,he ) i całkowita przerwa w treningach a po powrocie - zajawka znów gdzieś wybyła. Tym razem z powodu braku możności zrobienia wielu rzeczy, które przecież przed wyjazdem nie stanowiły dla mnie najmniejszego problemu... na szczęści determinacja i wytrwałość jakoś stawiły mnie na nogi, tym bardziej, że znów trafiłem na pozytywnych, czujących klimat ludzi a do tego - całkiem nieźle naginających (respekt for Snake, Etyn, Mazi, Szoko & Co. !!! Chorzów represent for ever!). Dzięki kontaktom z nimi dotarło do mnie, że tylko częste, regularne i intensywne akcje na parkiecie mogą zapobiec "cofaniu się" w obranej drodze, które jest niewątpliwie jednym z najbardziej negatywnych czynników wpływających na naszą chęć do tańca, do napierdalania, na energię i speed-a koniecznego przy większości powerków. Co więcej, zdałem sobie sprawę, że lepiej poświęcić mnóstwo czasu na takie choćby rozciąganie niż dołować się stale nieudanymi próbami podejścia chociażby do thomasa przy braku w/w na odpowiednim poziomie. Dostrzegłem także inne źródła potencjalnego doła. Przede wszystkim zaliczyłbym do nich przychodzenie na trening od niechcenia, z nudy lub braku zajęcia, tzn, przychodzenie "od tak" a nie "dla TEGO". Poza tym, przychodzenie po całym dniu zapierdolu w szkole czy w pracy, bez ciepłego posiłku, zapierdalanie przez całe miasto "byleby zdążyć" z bułką w ryju po pobudce o 06.00 nad ranem. Nie, nie to nie tak...

Nie tędy droga (jeśli tylko mamy możliwość wyboru własnej drogi, rzecz jasna). Tak samo treningi o 10.00 rano - nic gorszego chyba w życiu mnie nie spotkało, to już nie jest chore, to jest czysty masochizm! Każdy zapewne ma do tego indywidualne podejście, ja jednak wiem, że nikt mnie nie zmusi do treningu przed godziną 15.00 bo TO NIE MA SENSU! (jak dla mnie) Tak samo czasem lepiej sobie odpuścić kiepski dzień niż napierdalać na siłę kiedy ewidentnie nic z tego nie ma - po chuj się niepotrzebnie dołować!?! .. i o kontuzję wtedy nie trudno...

No ale dość już o tym co złe i niedobre, jest jak zwykle trochę rzeczy które mogą nas nakręcać a przynajmniej, mnie nakręcają. Pierwszym z nich jest niewątpliwie rywalizacja. Ale pozytywna KURWA MAĆ!!! rywalizacja tak na wszelkiego typu zawodach jak i na treningu, rywalizacja, że tak powiem "przyjacielska", bez dołowania kogoś albo najazdów na niego nie mających nic wspólnego z wywołaniem uśmiechu. Po prostu chodzi o to, że jeśli widzisz, że ktoś staje się od ciebie lepszy to podświadomie mobilizujesz się do intensywniejszej pracy, możesz się nawet czasem wkurwić na samego siebie przez co nabierasz wspomnianego już nieraz speed-a, energi i redbull-owych "skrzydeł". Jeden z moich ziomków tak właśnie nauczył się twistera. Odkładał go w nieskończoność aż w końcu ktoś zaczął go powolutku opanowywać, no więc Szoko się wkurwił i trzasną "na fali" od razu trzy pod rząd ("a lato było piękne tego roku... " ).

Warto także wskazać na poziom treningu jako kolejny element mocno dopingujący. Fakt faktem, że w miejscach gdzie wszyscy w koło napierdalają i to zdrowo o wiele łatwiej jest się zmobilizować - po prostu, nie chce się odstawać od reszty. Nieraz, ze zdziwieniem, stwierdziłem, że w takich właśnie miejscach (peace Flex-Style, peace AKS) z powodzeniem wystarcza mi 1,5h treningu a efekty i tak są 3 razy lepsze niż gdzie indziej. Podobnie sprawa wygląda z "kontaktem" między ludźmi na parkiecie. Jeśli bowiem za każdym razem musisz prosić się o poradę czy choćby o zwykłe wskazanie błędów od razu odechciewa ci się gadki a co za tym idzie, jesteś na treningu jakby sam, skazując się na naukę na błędach, wpadasz w patologię otoczenia. Takich akcji jest wbrew pozorom całkiem sporo, znam nawet "grupy" u których na treningach nie słychać NIC prócz muzyki... Czaicie? Trenować z kimś kilka lat i nie wiedzieć nawet jak ma na imię ?!? Dziękuję, postoję.

Zajebiście nakręcają także wszelkie wyjazdy, nie tylko na jebitne imprezy o których mówi potem cała Polska (choć takie akcje nakręcają najbardziej:)), ale również na warsztaty (tak lokalne jak i ogólnopolskie "zgrupowania"), meetingi, jamy, ustawki - spotkania z ludźmi z innych miast a nawet grupami z tego samego rejonu, FriendShip (i nie tylko FriendShip, bo "skopanie" komuś dupska tez poprawia humor:)) battles, pokazy, wspólne treningi itp.

Jest także kilka tzw. spraw "uniwersalnych" jak chociażby zajebiste filmy z czołowych imprez związanych ze światowym b-boyingiem. Chyba każdy widząc nową porcję wyśmienitych styli i wiązanek, nowe elementy a do tego wsłuchując się w nieśmiertelny funkybeat od razu zbiera się do tańca. Nie sposób ustać w miejscu, zrezygnować z prób opanowania ujrzanych motywów(nie mylić z kserowaniem!) czy chociażby odstawić na boczny tor napływającą zewsząd energię. To jest to. O to właśnie chodzi - aby wykorzystywać maksymalnie takie momenty, aby sprawiać by stan ten trwał wiecznie.

Kolejnym elementem jest bliskość sali i nasze małe luksusy - szatnia, napoje czy prysznic po treningu czyli to wszystko co sprawia, że życie staje się przyjemniejsze, szczęśliwsze i ciekawsze a przecież gdy chce się żyć, chce się także tańczyć. Spartańskie warunki mają swoje zalety, tworzy się lepszy klimat i więzi między ziomkami... pisałem o tym swego czasu w artykule "Street Dance" ale odrobina smaczków nikomu nie zaszkodzi. To inna droga ale droga alternatywna, każdy ma przecież swoją fazę na wszystko i kto wie co akurat Wam podpasuje... Osobiście wolę ulicę, bo oldschool-owego klimatu, kontaktów i wszechobecnej zajawki nie zamieniłbym na nic na świecie. Z drugiej jednak strony nie izoluję się od sal gimnastycznych. Od czasu do czasu i ja lubię porozciągać się przy drabinkach, poużywać sobie na materacach, wziąć gorący prysznic i znaleźć się w domu po 20 minutach a nie 2 godzinach...

Skoro już jestem przy salach, miejscach itp. nie sposób nie wspomnieć o kwestii szukania. Szukania nie tylko własnej drogi ale także nowych miejsc, twarzy i doznań. To właśnie zmiany stają się często kolejnym elementem mobilizującym. Po pierwsze, jeśli znajdzie się to czego brakuje nam gdzie indziej, po drugie, ze względu na podświadomą raz jeszcze chęć pokazania się przed nowymi ludźmi, niezależnie czy mają oni coś wspólnego z tańcem czy też nie. Ten fenomen jest dużo ciekawszy - nieraz bowiem odkrywałem, że nawet przypadkowe osoby pojawiające się od czasu do czasu z ziomkami na treningu ("po drodze" gdzieś tam), często nie mający z break-iem nic wspólnego, mobilizowały mnie samą swoją obecnością. Nie chodziło bynajmniej o szpan ale, hmm, o chęć pokazania tego tańca w całej jego krasie, pokazania, najlepszego oblicza break-a w pełnym wydaniu, tańca, który porusza i fascynuje.



Informacje o artykule
Data dodania:2003-06-03
Dział / Kategoria: taniec / felieton
Średnia ocena:10.00 (2)
Oceń artykuł: Aby ocenić artykuł musisz się zalogować
Autor:
Sajko   rap graffiti breakdanceSajko

Ostatnie artykuły tego autora:
Hating po polsku
W moich kręgach...
Poskromić fale
Byle do przodu, czyli breakdance na salonach.
Droga do nikąd

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 3 + 5 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-54-226-227-175.compute-1.amazonaws.com (54.226.227.175). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2017 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies