Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Da Clapa

Da Clapa

Autor: JeffJazzy

Komercyjny sukces każdego casting-show jest zazwyczaj dużo bardziej znaczący niż późniejsze osiągnięcia wylansowanego przez program artysty. Często są oni po prostu bezbarwnymi odtwórcami, niepotrafiącymi przekazać narzuconej im treści. Tak było w przypadku programu "Making The Band" oraz jego "owocu", grupy Da Band.

Pierwsza edycja programu była kopią innych programów castingowych. Stworzono banalną grupkę popową, która długo w biznesie nie zabawiła. Z drugą edycją było już inaczej. Każdy taki program musi posiadać gwarancję kontraktu płytowego dla zwycięzcy. Stąd też, po flopie grupy z pierwszej odsłony, MTV szukało labelu, który gwarantowałby deal nowej grupie. I oto się stało. Sean Combs, znany jako Puffy lub P. Diddy, zaproponował producentom programu współpracę, na korzystnych dla siebie warunkach. Wtedy program przeszedł w ręce Diddyego, który zobowiązał zaopiekować się nową grupą i odegrać główną rolę w jej kształtowaniu. Z "Making The Band" zrobił się "Making The Hip-Hop Band".

125 000 ludzi chce dotknąć gwiazd
P. Diddy szybko zmobilizował współpracowników z Bad Boy Records i w połowie 2002 roku zaczął rekrutację. Po przyszłej grupie należało spodziewać się mieszanki Hip-Hop'u, R&B i reggae. Cała machina promocji MTV ruszyła pełną parą. Dzięki umiejętnemu marketingowi, na przesłuchania "zagoniono" ok. 125 tys. młodych ludzi, chcących "dosięgnąć gwiazd".
Z wywiadów, jakie MTV robiło z uczestnikami castingów, wynikało, że główną motywacją ich startu jest strzepanie ostrej kasy oraz choćby chwilowe spotkanie z P. Diddym. Nie każdemu było dane spojrzeć Puffiemu w oczy. Nie był na wszystkich castingach, bo wyjechał do Saint Tropez w celu fizycznej i mentalnej regeneracji. Gdy się zjawił w szeregach komisji rekrutacyjnej, często negował umiejętności kandydatów.
W Saint Tropez, w kajucie nietaniego jachtu, Puff oglądał kasety z występami ludzi wytypowanymi do II etapu programu. Po długich przemyśleniach i kilkukrotnym przetarciu oczu, Puffy odrzucił ponad połowę już wybranych uczestników. Po powrocie z urlopu zarządził kolejne castingi i dał upust swojemu niezadowoleniu z poziomu konkursu. Od tego momentu starał się uczestniczyć w każdym przesłuchaniu. "The fun is over", zaczęła się prawdziwa jazda.

Chaotyczny i wulgarny lans
Podczas castingów każdy rymował lub śpiewał, do zarzuconego przez Diddyego bitu. Najczęściej były to klasyki Hip-Hop'u. Nikt z przybyłych nie dyskutował na temat narzuconego mu instrumentalu, tylko żwawo odwalał swoje linijki. W tekstach wielu z próbujących za wszelka cenę chciał zaimponować swoim tzw. "hoodie style" i padało mnóstwo przekleństw (co widzom psuło zabawę, gdyż MTV to cenzurowało). Nieraz w parze z ostrą liryką, zwłaszcza u męskiej części uczestników, szła lekko chaotyczna gestykulacja.
Bardzo ciekawy, w trakcie przesłuchań, był lans do szefa komisji. Co drugi "wannabe raper" używał słowa "Diddy" lub "Puffy". Jednak okazało się to bezowocne. Najczęściej, decyzją Diddyego, przechodzili ludzie z wyrazistym głosem i charakterystycznym stylem.
Inne kryteria stosowano w stosunku do wokalistek. Diddy, jako kreator mody, zwracał uwagę na prezencję i wygląd. Głos wciąż grał główną rolę, jednak czasem wygląd torował kandydatce drogę do kolejnego etapu. Po pierwszym etapie castingu zostało kilkudziesięciu uczestników.

Progres po obozie
Etap II nazywał się "The Bootcamp", czyli obóz treningowy. Uczestników przewieziono do ośrodka pod NYC, gdzie codziennie rano ostro ćwiczyli. Bootcampem kierował jeden z fitness trenerów mastera Diddyego, który nikomu nie popuszczał. "Making The Hip-Hop Band" mutował w zwykły, sztampowy reality show.
Uczestnicy przygotowywali się do występu w studiu. Te sesje wyglądały śmieszniej nawet niż cała faza castingów. Zwłaszcza raperzy próbowali po raz kolejny zaimponować nie wyszukanymi rymami, ale stylem, nieraz mieszając go z pojękiwaniem i pokrzykiwaniem a la Master P, czy Mystikal.
Po okresie "gier studyjnych" przyszedł czas wielkiego rozstrzygnięcia, które odbyło w jednym z bardziej wytwornych klubów NY. Tam szef Bad Boy miał wybrać kilkunastoosobową grupę śmiałków, która zamieszka razem w jednym domku. Im bliżej dnia rozstrzygnięcia, tym bardziej narastało ciśnienie między uczestnikami. Każdy zdawał sobie sprawę, że może odpaść. Jednak, gdy trafili do rewelacyjnego klubu, zaczęli się rozkręcać. Na scenę wchodzili po kolei, każdy miał swój czas i miał pokazać swoje umiejętności. Freestyle uczestników wyglądały już troszkę lepiej, jednak komisja, z Puffym na czele, miała trudny orzech do zgryzienia. Przy okazji jedna z odpadających i oburzonych panien, która od początku uważała siebie za najlepszą, rozwaliła parę wazonów w klubie. Diddy uśmiał się i kazał ją usunąć z lokalu.

Diddy wszechmogący
Zapuszkowanie uczestników w domku było złym posunięciem organizatorów. Tam zaczęła się jatka. Konkretny mobbing wśród kobiet, dissy za plecami wśród kolesi, którzy też podzielili się na frakcje (oprócz białego zioma, który został wyalienowany). Diddy przechadzał się do domku, aby tam rozstrzygać o losach uczestników. Siadał niczym król na kanapie i trzymając wykałaczkę w ustach wyrażał swoje "yes" albo "no" na temat raperów. Po kolejnej fazie "odrzutów" na arenie pozostało 10 ludzi, z których ostatecznie miała wykrystalizować się grupa. Diddy zaprosił ich do siedziby Bad Boy Records, aby ogłosić werdykt. Decyzję o składzie grupy podejmował tylko on. Kiedy Diddy zasiadł w skórzanym fotelu, wyciągnął kartkę i zaczął czytać werdykt, rozgrywały się fenomenalne sceny. Bezgraniczna radość i euforia, mieszały się ze smutkiem i płaczem. Diddy na koniec sprawił niezłą niespodziankę dobierając, do ustalonego z MTV 5-osobowego składu grupy, jeszcze jedną osobę. Grupa ta, przyjęła bardzo oryginalną nazwę, Da Band.

Kim oni są?
Diddy określił ich jako "The Nu Generation of Bad Boy". Z kobiet najlepsza jest Babs, która potrafi zarzucić dobrym, twardym rymem. Jednak brakuje jej trochę ogłady i często się powtarza. Pochodzi z Brooklynu. Raczej jest mało przyjemna w obejściu. Podczas obligatoryjnych bójek w domku zawsze podjudzała kolesi. Sama wpadła w konflikt z Nessem, bo koleś zmienił jej przez przypadek termin wizyty u fryzjera.
Ness jest raperem z Nowego Jorku. To największy talent w grupie, umie bardzo dobrze złożyć wers, ma wyśmienity freestyle. Podobnie jak Babs, często szuka guza. W czasie programu zaliczył około czterech poważniejszych bójek, jedna z nich przypadkowo przeniosła się do zbudowanego dla grupy studia. Zniszczenia były dosyć spore. Diddy kilka razy zamykał im studio, ale bez skutku, bo wtedy napierdalali się po pokojach.
Kolejnym MC jest Fred z Miami. Był największym uparciuchem w składzie. Ma nieźle wyrobioną chrypkę, którą umiejętnie wykorzystuje. Niestety koleżka jest mało oryginalny i nie potrafi zrymować nic sensownego. Najczęściej nawalał się w programie i to praktycznie z każdym, bez względu na różnice wagowe (łepek waży maksymalnie 60 kg).
Chopper to młodzik z Południa. Rymuje tak, jak przystało na prawdziwego reprezentanta dirty southu: trochę krzyku, jęku i gdzieniegdzie przewinie się sensowny wersik. Ciągle powtarzał "I have to get out the hood man, I need this money", kłócąc się o kasę z Bad Boy Records. Niedojrzały i naiwny koleś.
Pozostaje jeszcze ciało wokalne, czyli Sara i Dylan. Sara to typowa młoda latynoska matka, która stara się zapewnić swym dzieciom "a better life". Śpiewa całkiem porządnie i ma dobry warsztat. Podczas programu często wpadała w depresję. Przeważnie była pomijana w rozkładzie ról w piosenkach i razem z Dylanem ma najmniejszy wkład w brzmienie grupy.
Haitański wojownik Dylan, to najzabawniejszy koleś w programie. Zajmuje się rytmami jamajskimi i nieźle mu to wychodzi. W grupie nie znalazł stałego miejsca, ciągle był przedrzeźniany przez innych, ze względu na swój akcent. Ponadto był na bakier z prawem i musiał pracować w jednym z nowojorskich domów starców, czyli odrabiał karę, zamiast zajmować się albumem.

Kaprysy pana Seana
Grupa zamieszkała w pięknym domu, gdzie miała przygotować swój debiutancki album (jak się później okazało jedyny). Prace szły słabo. Zanim zaczęli nagrywać, musieli udowodnić Puffowi, że są warci kontraktu. Kiedy pierwszy raz przyszli do głównej siedziby Bad Boya, kazał im pójść na pieszo do Brooklynu i przynieść mu jego ulubiony torcik, a było to ok. godziny 22. Zabronił im nawet wchodzić do lobby, po czym przekazał kilkusetstronicową biografię Russela Simmonsa (założyciela Def Jamu) i kazał na ulicy przed wejściem do studia czytać ją na głos. W międzyczasie P. Diddy podjeżdżał w swoim czarnym SUV i poganiał swoich podopiecznych.
Apogeum jego wybryków miało miejsce później. Ostatecznie wpuścił grupę tylko do budynku, w którym studio się znajduje. Przed wejściem do studia ustawił ich w rządku i zaczął prawić, że w studio, do którego za chwilę będą mieli zaszczyt wejść, nagrywał sam Biggie Smalls aka Notorius BIG. Potem rozkazał im zarymować "Juicy", jeden z większych szlagierów Notoriusa. Tylko Babs znała cały tekst, a reszta tylko coś tam dukała. Puffy, strasznie zdenerwowany, usunął ich z budynku i zabronił im się pokazywać, dopóki każdy z nich będzie umiał perfekcyjnie zarymować "Juicy". Podobno zamierzeniem Diddyego było nauczenie "żółtodziobów" dyscypliny.

Debiut z konfliktów
Szóstka często popadała w konflikty i nie mogła w spokoju nagrać równego albumu. Nie pomagały starania Puffyego, który przydzielił im menedżera, osobistego opiekuna, a nawet zorganizował wspólną kolację, którą przygotowała mama Combs. Debiut Da Band "Too Hot For TV" nie był większym wydarzeniem muzycznym, ale medialnie było o nim głośno. Produkcją zajęła się stara gwardia Bad Boya oraz paru nowych obiecujących bitmejkerów. Diddy, aby uatrakcyjnić tę mizerną produkcję, zaangażował nawet na kawałek Wyclefa Jeana. Pierwszy singiel "Bad Boy this Bad Boy that" nie był objawieniem, ale potrafił przyciągnąć słuchacza. Singiel rozszedł się w ok. 800 tysiącach kopii. To nie zatrzymało upadku grupy. Każdemu z tych młodych ludzi uderzyła do głowy woda sodowa. W czasie zabaw w klubach urządzali pozowanie w stylu "I'm a Bad Boy" i ciągle się im coś nie podobało, nawet 100 000$, jakie mieli na rękę dostać za album. Chcieli stawiać warunki, będąc kilka dni z biznesie.

W maju P. Diddy rozwiązał grupę. Kontrakty na płyty solowe uzyskali tylko Babs i Ness. Reszta ekipy pożegnała się z rap-biznesem, a Dylan nagrał nawet dissa na Diddyego. Taki koniec jest konsekwencją poronionego pomysłu człowieka biznesu i MTV, aby utworzyć marionetkową "grupę rapową". "Making The Hip-Hop Band" było sukcesem medialnym, który nie poszedł w parze z sukcesem muzycznym. "Too Hot For TV" nie jest godnym przeciwnikiem dla produkcji, jakie robią gwiazdy czarnej muzyki. Da Band nagrali album nie "for the love of the game", ale "for the love of the money". Nastawienie typu "wygrałem program, dostałem kasę, jestem gwiazdą" nie jest w rapowym biznesie odpowiednie. Na co drugiej ulicy Wielkiego Jabłka można znaleźć lepszego MC, niż ci z Da Band. Tylko od takich ludzi łatwiej znaleźć pajaców sprzedających się medialnie. Tacy ludzie, poza Ness i Babs, trafili do programu.



Informacje o artykule
Data dodania:2004-11-12
Dział / Kategoria: muzyka hip-hop / informacja, biografia
Średnia ocena:nieoceniany
Oceń artykuł: Aby ocenić artykuł musisz się zalogować
Autor:
JeffJazzy, 34 lata
mężczyzna, Aleksandrów Kujawski

Ostatnie artykuły tego autora:
Człowiek z wietrznego miasta - wywiad z Capital D
Twardzi gracze
Roc-A-Fella Records
Afu-Ra
Jak to się robi w Philly vol.2?

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
anonim
Autor: Nene   Link do posta
23:10:15, 12-11-04
Bylam jakis rok temu na ich koncercie... na ulotce, ktora reklamowala ich koncert bylo napisane Da Band & P.Diddy. Mozna bylo sie domyslac ze P.Diddy nie pojawi sie chociaz polowa ludzi przyszla na koncert glownie zobaczyc jego. Cena biletu:60 $. Czlowiek placi 6 dych wchodzi do kluby a pozniej okazuje sie ze laskawy Combs nie zjawi sie , smieszne !!! Nastepnie w urodziny mojego kumpla bylismy w klubie w Nyc gdzie P.Diddy mial dac koncert. Wejscowki kosztowaly 70 baksow , bilety z wygladu przypominaly nadchodzacy wielki koncert ( twarz P.Diddego w banknocie amerykanskim oblozony twardym przezroczystym plastikiem ). Po zobaczeniu jak wygladaja same bilety pomyslalam , lol to jak bedzie musial wygladac koncert !!! Tym razem Combs pojawil sie , w swoim slawnym futerku, zarymowal z 5 zdan z roznych kawalkow i .............. poszedl !!! Lol... zajebiscie, nawet nie uslyszelismy jednego calego kawalka. Dobrze ze tym razem kumpel stawial bilety.... Oczywiscie jego akcja Vote or Die , nie tyle reklamowala zachecenie ludzi do glosowania jak promowania jego wlasnej osoby udzielajacej sie jush nawet w swiecie polityki. Fakt jest ze umie nagrac dobry shit, ale z osobowoscia ma chyba cos nie tak !!!!

anonim
Autor: hustla 4 real ma men   Link do posta
02:26:44, 13-11-04
jajajjajjaj fuck or die bitch

anonim
Autor: malejoool   Link do posta
04:25:32, 13-11-04
pierdole pafa, czy jak mu tam, tez widzialem ten program "making da band" i dziekuje niebiosom za to ze sie rozpadli... to byla dopiero szmira...

Kopruch
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
10:00:13, 13-11-04
W sumie najbardziej mnie bawi fakt, ze zapewne wszyscy MC z Da Band byli lepsi od Puffa. Nie slyszalem ich nigdy ale nie trzeba byc mistrzem dedukcji zeby to wywnioskowac. Z reszta - o czym ja wogole mowie? Polowa ludzi na tym castingu byla pewnie lepsza od puffa. Dalej nie daje mi spokoju fakt - jak Puff jest traktowany w USA? Jak taki nasz Gorzki? Ktos przeciez kupuje te jego "albumy", nie? No wlasnie - KTO?

anonim
Autor: Wtoras   Link do posta
10:38:44, 13-11-04
Śmieszne po prostu śmieszne

anonim
Autor: Bizkitka   Link do posta
21:57:00, 13-11-04
Jeff Jazzy swieny artykulik bardzo przyjemnie sie czytalo:) P.Diddy nic specjalnego w NY wiecej widac reklam jeko ciuchow niz sylychac jego muzy udziela sie w MTV ale dawno nic ciekawego nie zapodal dla mnie dno wiecej przereklamowane niz czegos warte....

anonim
Autor: DARIO3200   Link do posta
21:05:46, 15-11-04
WESTSIDE Is THE BEST FUCK DADDY FUCK BIG

anonim
Autor: fuckedupnigga   Link do posta
02:16:43, 16-11-04
heheh lamusy, a diddy jakies kompleksy z dziecinstwa chyba ma. żenada as fuck

anonim
Autor: :)   Link do posta
21:31:36, 17-11-04
Odpierdolcie sie od niego..;/ Przynajmniej lansuje jakieś talenty a nie jak Kurwa w POlsce....mamy zajebiste młode talenty a wszystko sie marnuje..;] pO drugie głosował na..KERIEGO..;/ a nie na bUsha...Think..;]..Pozrdo:)

anonim
Autor: ....Mr.W   Link do posta
22:31:58, 18-11-04
i ch*j to kogo obchodzi?

Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 2 + 4 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-34-231-247-139.compute-1.amazonaws.com (34.231.247.139). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2019 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies