Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Open'er Festival 2006 - Fisz Emade, Pharrell

Open\'er Festival 2006 - Fisz Emade, Pharrell

Autor: Glanc

Tegoroczny Open'er Festival odbywał się, na siedemdziesięciohektarowym terenie wojskowego lotniska w Babich Dołach, w Gdyni (poprzednio na Skwerze Kościuszki) i tym razem trwał trzy dni. Przez ten czas około pięćdziesiąt tysięcy fanów muzyki miało okazję zobaczyć na żywo występy piętnastu zagranicznych wykonawców. Nie widzę możliwości zrelacjonowania każdego koncertu z osobna, tak samo jak fizycznie niemożliwym było uczestniczenie od początku do końca we wszystkich, ponieważ piąta edycja Open'era oznaczała zabójczą dawkę ponad 45 godzin muzyki. Skupię się raczej na hip-hop'owej części festiwalu, czytelników portalu jak i mnie interesuje ona bardziej, a Hip-Hop'u, obok rocka i muzyki elektronicznej było tam niemało. Aby dotrzeć na przestrzeń festiwalową należało się "zaobrączkować" w punkcie przed dworcem kolejowym, wsiąść do bezpłatnego autobusu nr 009, kursującego co chwilę spod siedziby poczty (jedynym warunkiem, aby ruszył, było zapchanie go odpowiednią liczbą osób), który po około dwudziestu minutach jazdy zatrzymywał się na przystanku końcowym przy ulicy Zielonej. Przekraczając wejście dla pieszych należało się przygotować na długi marsz, przypominający ten z otwarcia hipermarketu "Czeski sen" (polecam film dokumentalny o tym samym tytule). Jednak scena główna okazała się prawdziwa, a nadto ogromnych rozmiarów - w tym roku była dwa razy dłuższa i półtora razy wyższa (konieczne było umieszczenie lampki sygnalizacyjnej dla samolotów na jej wierzchołku). Pierwszymi wykonawcami, którzy mieli zaszczyt na niej wystąpić byli bracia Waglewscy, a cały koncert sygnowany był nazwą "Fisz Emade i Goście" i rozpoczął się punktualnie o godzinie dziewiętnastej. W asyście zespołu Tworzywo Sztuczne artyści wykonali utwory z większości wspólnych albumów w udziwnionych aranżacjach, m.in. "Drewno", "Polepiony", "Język wszechświata", "30 cm" (Fisz oczywiście z pomocą swojego scenicznego atrybutu - megafonu), "Narkotyk", "Moje piórko" oraz dwa kawałki z nadchodzącej płyty. Publika nie reagowała nazbyt żywiołowo, klimat był raczej piknikowy, ale wielkie owacje wzbudziło pojawienie się na scenie Marii Peszek i Wojciecha Waglewskiego. Aktorka i piosenkarka zarazem, przy gitarowym wsparciu lidera VooVoo, zaśpiewała "Moje miasto" z płyty "Miasto mania", wyróżnionej Fryderykiem w kategorii produkcja roku. O niezwykłej popularności Marii Peszek świadczy to, iż następnego dnia, podczas jej własnego koncertu na małej scenie, sporych rozmiarów namiot pękał w szwach. Mimo, że w tym samym czasie na scenie głównej występowały zagraniczne gwiazdy, duża część publiczności wolała posłuchać rodzimej artystki, która debiutowała ledwie dziewięć miesięcy wcześniej. Po paru chwilach pełnych ekspresji i indywidualnych popisów ojca braterskiego tandemu, ster przejęły latorośle i "eFIeSZet, Pablo Hudini przy mikrofonie" wykonali ostatni numer, czyli "Warszafkę" - dopełnienie świetnego koncertu. Niemniej jednak, do braci Waglewskich ze znajomymi o wiele bardziej pasują kameralne, wieczorne występy w niewielkich klubach, niż na wielkiej scenie pod gołym niebem w biały dzień. Koncert był dopracowany w każdym szczególe, ale mało energetyczny, zwłaszcza w porównaniu do Manu Chao, który wystąpił chwilę później. Przed godziną 23 w głębi sceny zawisł banner przedstawiający jeden z wariantów okładki debiutanckiego albumu Pharrella, następnie pojawił się zespół i sam Williams, ubrany od stóp do głów w rzeczy swoich linii odzieżowych (po kilku utworach ściągnął bluzę BBC, ku uciesze rozentuzjazmowanych jęczących fanek odsłaniając brzuch). Koncert rozpoczął swoim pierwszym singlem, a zarazem pierwszym numerem z płyty - "Can I Have It Like That", podczas którego publiczność miała za zadanie zastąpić Gwen Stefani. Następnie Skateboard P jeszcze bardziej rozgrzał zgromadzonych pod sceną ludzi ("Oh, Oh, OK! Poland say it louder, OK?!"), by po chwili zupełnie zwolnić tempo. Zaśpiewał wtedy utwory ze swojego nowego, w zasadzie nadchodzącego albumu "In my mind"(data premiery, przesuwana w nieskończoność, została ostatecznie wyznaczona na 25 lipca, ponad dwa tygodnie po koncercie). Trudno się dziwić dużej części publiki, która niepocieszona stała w bezruchu (oczywiście nie mam na myśli licznie zgromadzonych emo girls, które postanowiły już sobie zająć miejsca na Placebo), kawałki takie jak "You Can Do It Too" i "Raspy Shit" można było póki co usłyszeć jedynie na nielegalnych bootlegach i wersjach advance, poza tym, w moim odczuciu, średnio nadają się na tego typu występ. Zresztą można było odnieść wrażenie, że Pharrell podzielił swój koncert na trzy części: pierwsza z kompozycjami typu r'n'b, kolejne z Hip-Hop'em i z ostrzejszymi, bardziej rockowymi brzmieniami. Jednak źle wyznaczył proporcje i kolejność: zamiast dać odpocząć swoim fanom trochę później, uśpił ich prawie na samym początku. Gdy w pewnym momencie rozbrzmiał beat kawałka, z którego pochodził wers: "Don't try to run up on my ear talking all that raspy shit", publiczność znacznie się ożywiła, a Pharrell wykonał to, czego najbardziej brakowało (lub co poleciało z taśmy) na koncercie Snoopa rok wcześniej, czyli swoje partie utworów "Drop It Like Like It's Hot" i "Beautiful". Nie trzeba chyba dodawać, że zrobił to przy wtórze tysięcy gardeł, bo osoby, które nie znały słów tych kawałków, stanowiły na terenie festiwalu mniejszość. Gorzej było ze znajomością reszty tekstów, a Skateboard P o wiele częściej niż reszta wykonawców oddawał głos publice, śpiewając połowę utworu, i gdyby nie garstka największych fanów, zapadałaby głucha (jeśli chodzi o wokal) i pełna konsternacji cisza. Widocznie liczył na to, że publiczność będzie znała wszystkie jego wersy na pamięć, rozczarował się i przez to kontakt z nią był nienajlepszy. W momentach między utworami, gdy zespół (m.in. dwa zestawy perkusyjne) przestawał grać, Pharrell Williams zastygał w bezruchu, wpatrzony w jeden punkt i dopiero gdy aplauz przekraczał określoną liczbę decybeli, na jego twarzy pojawiał się ślad uśmiechu i zaczynał kolejny numer. Nie obyło się bez paru monologów, np. przed "Frontin'" (na temat miłości do kobiet) i okazało się, że Manu Chao nie był ostatnim wykonawcą, który pierwszego dnia festiwalu mówił o polityce. Dialog z publicznością: - Are you tired? - Noooo! - What do you think 'bout war? - ??? (lekkie zdziwienie, niektórzy być może usłyszeli "whore") - About war? - Buuu... - But what you think about peace? - Yeaaah! - Do you believe in peace? Make some muthafuckin' noise! Mógł czasem wywoływać niestosowny śmiech, tak samo jak ciągle powtarzane w różnych formach ostatnie zdanie ("I'm not in Alaska, Australia, I am in fuckin' Poland! Make some fuckin' noise!"). Jednak tekstem, który najbardziej upodobał sobie artysta, był: "I wanna fuck tonight, I want some pussy!". Zbulwersowało to część publiczności (niektórzy zapamiętali z koncertu tylko tę odzywkę), ale setki dziewcząt, powtarzających to zdanie bezmyślnie jak katarynka, bawiło się dobrze. Snoop Dogg, który wystąpił w Gdyni rok wcześniej, jest niewątpliwie obdarzony większą charyzmą, niż jego znajomy z przeciwnego wybrzeża, ale talentu Pharrellowi nie można odmówić. Producent, wokalista i multi-instrumentalista udowodnił to chwilę później siadając przy bębnach, a mikrofon przejął Shae Haley - jego kolega z zespołu N*E*R*D. Oczywiście nie zabrakło na koncercie utworów z dorobku grupy, której muzyka zaliczana jest do gatunku neo soul i alternative rap. Usłyszeliśmy między innymi: "Maybe", "Run To The Sun", "Rock Star Poser" (podczas tego numeru Pharrell już nie przypominał romantycznego Romeo sprzed chwili) i "Backseat love". Przed hitem "She wants to move" publiczność została poproszona o zrobienie dwóch kroków w tył, ponieważ fanki przyciśnięte do barierek miały problem z poruszaniem się. Niedługo potem kilka z nich znalazło się na scenie (nie było żadnego castingu, ochroniarz wybrał te, które piszczały najgłośniej i zwracały na siebie uwagę). Miały okazję zatańczyć w pobliżu Pharrella i uścisnąć go, po czym członek obstawy "odstawił" je na miejsce. Pod koniec koncertu Skateboard P pozdrowił Kanye Westa (na pytanie czy dobrze się rozumieją, mimo, że tworzą zupełnie inne beaty, w wywiadzie udzielanym CNE odpowiedział krótko "Fo' sho, that's my boy..."), kazał wszystkim podnieść jeden palec (oczywiście nie środkowy) w górę i zaśpiewał "Number 1" ("You're my number one, not number three, not number two, not one anda half, but number one"). Jeśli ktoś liczył na efektowne zakończenie, to na pewno się rozczarował - po ostatnim utworze Pharrell praktycznie bez słowa zszedł ze sceny. Fanów mogło ucieszyć natomiast to, że Williams i Shay byli chyba jedynymi artystami, którzy po koncercie podeszli na moment do barierek przybić im piątki. Muszę przyznać, że był to koncert, po którym się dużo spodziewałem i pozostawił we mnie pewien niedosyt. Na pewno wrażenie byłoby inne gdybym wcześniej nie miał okazji oglądać niesamowitych show w wykonaniu Cypress Hill i Snoop Dogga, którym Pharrell Williams niestety nie dorastał do pięt. Mam nadzieję, że zrehabilituje przy okazji kolejnego koncertu w Polsce, najlepiej w ramach trasy promującej nowy album N*E*R*D (planowany na rok 2007, oby nie miał takiego opóźnienia jak solowy materiał wokalisty). Yesssirrr! Ostatnim hip-hop'owym akcentem pierwszego dnia festiwalu był występ Masala Soundsystem, muzycznego kolektywu, którego aktywnym członkiem jest Pan Duże Pe. Niestety nie dane mi było zobaczyć od początku do końca co przygotował dynamiczny skład koncertowy Masali, na żywo łączący muzykę orientalną, folk, elektronikę, dancehall i dub. Występ, planowany na godzinę drugą, rozpoczął się z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Duże Pe, pełniący przez pewien czas rolę konferansjera zapowiedział dwugodzinny "muzyczny koktail" spajający muzykę Wschodu, Zachodu, Północy i Południa. Po długim wstępie złożonym z różnych technik śpiewu gardłowego zespół zagrał "Od Tarnobrzegu po Bangladesz" (pierwszy singiel promujący płytę "Masala Long play"), czyli instrumentalnie pomiędzy Jamajką, Indiami i światem arabskim z Dużym Pe śpiewającym w stylu ragga. I tak do rana - chillout na przemian z szybkimi kawałkami. Niektórzy zmęczeni spali w rogach namiotu (lub w swoich namiotach), inni na parkiecie tańcząc witali świt... Brytyjski miesięcznik muzyczny "Q" wymienił Open'er wśród sześciu najbardziej godnych obejrzenia imprez wakacji 2006. I słusznie. Nikt, kto tam był, po pierwszym dniu festiwalu nie mógł się czuć zawiedziony.

Informacje o reportażu
Data dodania:2006-08-25
Kategorie:Muzyka, Fun, Koncert
Licznik odwiedzin:12090
Autor:
Glanc Wacław Adam Galewski rap graffiti breakdanceGlanc
mężczyzna, Tczew

Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 2 + 3 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-54-81-59-211.compute-1.amazonaws.com (54.81.59.211). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2017 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies