Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Koncert 3H/Warszafski Deszcz

Koncert 3H/Warszafski Deszcz

Autor: Prezes

Koncert 3H/Warszafski Deszcz, który odbył się 11 stycznia 2002 roku w szczecińskim klubie "Słowianin" to bez wątpienia najlepsza (mówię tu wyłącznie o artystycznej stronie przedsięwzięcia) impreza, w jakiej dane mi było wziąć udział odkąd w mieście tym organizowane są hip-hop'owe koncerty. Właśnie..... organizowane, w tym przypadku trudno mówić o jakiejkolwiek organizacji. Tak, tak, doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że nikt nie spodziewał się nagłego przybycia 900 spragnionych muzyki osób. Nie wydaje mi się jednak, by kompletny brak wyobraźni ze strony organizatora mógł stanowić jakiekolwiek usprawiedliwienie dla niedociągnięć, które zebrane do kupy skutkują piorunującym efektem w postaci wkurwienia. Mimo, iż początek imprezy przewidziany był na godzinę 20, ostatni oczekujący w kolejce przekroczyli progi "Słowianina" po 22:30, a co się z tym wiąże sam koncert rozpoczął się około 23. Nie bez wpływu na moje samopoczucie pozostawał fakt, że w szatni zabrakło numerków, na skutek czego do godziny 1 zmuszony byłem paradować z okryciem wierzchnim pod pachą. Nie można nie wspomnieć o kilku bijatykach, jakie wywiązały się przed wejściem do klubu (choć oczywiście nie obciążam winą za powyższe organizatora), w których szczególnie aktywnie obecność swą zaznaczył pewien krótko ostrzyżony osobnik. Mimo, iż początkowo nieźle sobie radził, po krótkim czasie stał się naocznym dowodem na to, iż wytrzymanie na nogach po otrzymaniu kilkunastu ciosów w twarz w ciągu paru sekund jest możliwe również poza planem filmów akcji. Sprawna interwencja Policji uratowała go jednak przed niechybną zgubą. Najwidoczniej licznie (w szczytowym momencie doliczyłem się 6 radiowozów) zgromadzone siły porządkowe przeszły szkolenie z cyklu "Jak rozpoznawać hip-hop'owców". Pora przejść do właściwej części relacji - samego koncertu, który ku mojemu zdziwieniu grany był przy akompaniamencie zachodnich podkładów (choć nie tylko). O ile na co dzień jestem zdecydowanym przeciwnikiem takich praktyk, to owego wieczoru koncert nie stracił bynajmniej na swej atrakcyjności z tego tytułu. Na wstępie, za namową odzianego w hawajską koszulę Tedego publiczność wzniosła w górę zapalniczki, co znakomicie korespondowało z tematyką pierwszego kawałka "Gram w zielone". Entuzjazm z jakim słuchacze reagowali na to, co działo się na scenie nie osłabł do końca przedstawienia. A działo się przede wszystkim to, że stał sobie tam bujający się do rytmu łysogłowy frontman WFD, bez którego obecności ten koncert z pewnością nie zapadł by mi w pamięć na zbyt długo, jak to się zwykle zdarza przy okazji występów innych polskich rap-gwiazd. Nie należę do zagorzałych wielbicieli ani Warszafskiego Deszczu, ani TDF'a jednak to, co ten "wyluzowany, odcięty emce" wyprawia z publicznością naprawdę zasługuje na najwyższe uznanie. Umyślnie przemilczałem fakt, iż przy mikrofonie Tedzik wspomagany był przez kolegę z zespołu - Numer Raza, albowiem zadanie tego drugiego sprowadzało się bardziej do tworzenia tła dla popisów niekwestionowanego lidera grupy niż partnerowania mu na scenie (atmosfera wyraźnie siadała, gdy do głosu dochodził Numer - patrz: kawałek solowy). Od czasu do czasu coś tam zarymował (gdy wykonywany był repertuar WFD), dorzucił, krótko mówiąc, jakby go nie było. Zdarzało mi się słyszeć opinie, jakoby Tede przestał być tym charyzmatycznym, powszechnie szanowanym mc z czasów "Wu-wu-a", czy "Nastukafszy". O czym, więc świadczy tak licznie zgromadzona publika znająca na pamięć niemal każdy wers z jego solowej płyty "S.P.O.R.T."? Za co by go jednak nie krytykować, nie sposób zaprzeczyć, że zalicza się on do ścisłej czołówki showmanów. O tym, z jaką łatwością przychodzi mu nawiązanie kontaktu z publicznością niechaj świadczą choćby krótkie gadki w przerwach między numerami, skuteczne skłanianie słuchaczy do skandowania poszczególnych wersów i refrenów, czy też wspólne odśpiewanie początku "Warszafskiego walczyka". Aha, normalni ludzie w takich okolicznościach tracą głos - Tede z tym samym natężeniem, bez najmniejszego uchwytnego uszczerbku dla wokalu zdzierał gardło od pierwszego kawałka aż po ostatni, którym okazał się być rymowany do grammatikowego podkładu ("Friko") najazd na Eldokę ("Dupoliz"), zaskakujący w refrenie pomysłowym nawiązaniem do klasycznego utworu KRS ONE'a ("Sound of the police"). Jakkolwiek podczas konfrontacji Gib Gibon Składu z Obrońcami Tytułu gorąco kibicowałem tej drugiej ekipie, obiektywnie muszę przyznać, że kawałek ten bije na głowę rymy Eldo w numerze będącym odpowiedzią na wyzwanie rzucone mu na płycie "S.P.O.R.T". "Dupoliz" został poprzedzony zapowiedzią adresowaną do członka Grammatika, czymś w rodzaju "Wielkie joł dla tego szalonego zioma". Równie wielkie "joł" należy się obsłudze technicznej - był to jeden z nielicznych koncertów, z których wynieść można było prócz wrażeń wzrokowych również wrażenia o charakterze akustycznym, bowiem słowa wypowiadane przez wykonawców nie zlewały się w jeden wielki bełkot, dzięki czemu możliwe było docenienie walorów tekstowych nieznanych szerzej kawałków (np. "Dupoliza"). Dziennikarska tradycja nakazuje wyliczenie wykonanych utworów pozwolę sobie jednak z nią zerwać poprzestając jedynie na stwierdzeniu, że grane były głównie największe przeboje z płyt "Nastukafszy" i "S.P.O.R.T." (ku mojemu rozżaleniu nie usłyszałem mojego ulubionego kawałka, w którym w refrenie mowa jest z robiących "łaaaał" małolatkach). Nie przypominam sobie, o której dokładnie godzinie zakończył się koncert, ale długość jego określiłbym jako wystarczającą, by pozostawić słuchacza z przyjemnym uczuciem lekkiego niedosytu. Po koncercie DJ Twister zmienił Jana Mariana za adapterami rozpoczynając, że się tak wyrażę, taneczną część imprezy. Zabawa kręciła się w najlepsze kiedy to wraz z wybiciem godziny 2 znienacka zapalono wszelkie możliwe światła i przyciszono muzykę. Czekałem tylko, aż ktoś ryknie "Wypierdalać!". Nic takiego nie nastąpiło, a nawet gdyby, to i tak nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia, ponieważ zdążyłem już przywyknąć do tego powtarzanego przy okazji każdej imprezy w "Słowianinie" rytuału "Wybiła druga - czas do domu się udać". Podobnie jak przyzwyczajono mnie do obowiązku uiszczania opłat za korzystanie z WC, w którego mało luksusowym wnętrzu przychodzi gościom opróżniać pęcherze ze zdecydowanie zbyt drogiego, jak na standard lokalu, browaru. Korzystając z okazji pragnę wyrazić dezaprobatę odnośnie poczynań osób, od których widzimisię uzależniony jest piętnowany stan rzeczy. Kończenie imprezy, ma którą sprzedało się 900 biletów w cenie 18 zł za sztukę (policzcie sobie profity) w momencie, gdy na parkiecie znajduje się niewiele mniej bawiących się osób niż zwykle przychodzi tu na koncerty zakrawa na, delikatnie rzecz ujmując, skurwysyństwo i pazerność w najgorszym wydaniu. Jeżeli istnieje jakieś racjonalne uzasadnienie takiego postępowania (ale nie w stylu "Bo sąsiedzi się skarżą") w imieniu własnym i wszystkich zbulwersowanych powyższym lokalnych czytelników zina hip-hop.pl proszę o udzielenie wyjaśnień, za które z góry (mam nadzieję, że nie nazbyt pochopnie) wyrażam swą wdzięczność.

Prezes

W imieniu redakcji i obronie organizatorów: Artykuł powyższy należy traktować jako odczucie uczestnika koncertu i dlatego postanowiliśmy go opublikować. Zgadzam się że kończenie imprez o drugiej to przesada, ale większość problemów wynika z warunków narzuconych przez "Słowianin" i takie numery jak ciepłe piwo, płatny kibelek czy "wynocha od drugiej" są wymysłem Domu Kultury. Jest to głębszy problem, ponieważ do tej pory nie pojawiło się odpowiednie miejsce na tego typu imprezy. Jedne kluby są za duże, inne za małe a w naszym mieście potrzeba taniego klubu na 1000 osób. Słowianin w swoich założeniach mieści komfortowo 500 osób i stąd taki tłok przed wejściem, brak numerków itd. Organizatorzy nic na to nie mogli poradzić (mogli chyba tylko nosić kurtki reszty osób pod pachą). Zrodził się odwieczny dylemat czy wpuszczać więcej niż 500 osób? Tak początkowo postanowiono, ale reszta ludzi która nie weszła najprawdopodobniej rozniosłaby lokal (dlatego przyjechała policja). Dlatego wybrano mniejsze zło niż odesłanie napalonego tumu do domu - wpuszczenie wszystkich licząc się z potencjalnymi niedogodnościami. Kilka refleksji nasuwa ten koncert. Pierwszą jest to, że miasto nie jest przygotowane na obecną popularność hip-hop'u. Jeżeli ilość osób chodzących na imprezy podwoi się albo potroi to sprawa się rozwiąże sama, ponieważ organizatorów będzie stać na wynajem większych lokali. Drugi wniosek to taki, że skoro planuje się imprezę na 600 osób to nie powinno się wpuścić więcej. Jak jednak spojrzeć w oczy ludziom którzy nie weszli albo odmówić sobie zarobku w czasach kiedy nie wszystkie imprezy wychodzą na plus. Oczywiście nic nie usprawiedliwia chamskiej i opryskliwej obsługi Słowianina (tutaj pozdrawiam Rudzielca-Gestapowca co nie wpuszcza tych którzy mu się nie podobają oraz Rumcajsa i Zochę od kibli, którzy z nieukrywaną satysfakcją charczą "50gr albo się nie sikasz"). Nic ich nie usprawiedliwia! To w końcu takie imprezy jak koncerty El Paso pozwalają im zachować pracę i nadal żyć.

HEX

Informacje o reportażu
Data dodania:2004-09-20
Kategoria:Koncert
Licznik odwiedzin:12330
Autorzy:
Prezes Ernest Wysocki  rap graffiti breakdancePrezes

Brak danych

anonim
Autor: chachul01   Link do posta
19:47:20, 11-06-08
Byłem tam,zajebista impreza

Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 5 + 1 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-23-20-166-68.compute-1.amazonaws.com (23.20.166.68). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2017 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies