Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Rytm ulicy

Rytm ulicy

Autor: Sajko

Wyjeżdżając do któregokolwiek z nadmorskich kurortów, ośrodków wypoczynkowych czy też znanych miast, ściągających tłumy turystów tak w kraju jak i zagranicą nie sposób nie natknąć się na bboyi. Lato, wakacje, spontan... Szkoda, że to wszystko już za nami.

Czym jest tańczenie na ulicy? Już kiedyś o tym pisałem. Tyle, że uliczne treningi z ziomkami z osiedla to coś zupełnie innego niż tańczenie za hajs podczas wakacyjnego wypadu. Aby mieć na nocleg, knajpy, szamanie i nie wrócić z debetem na koncie trzeba się wbrew p1Ą

Zaczyna się zawsze tak samo. Słonko grzeje, szkoła się skończyła a panienki coraz więcej odsłaniają. Żyć nie umierać. Tańczysz jak chcesz i gdzie chcesz, full wolnego czasu. Fajnie? No niby tak, ale po paru tygodniach robi się nudno a w kiermanie pustka. No i co tu z sobą zrobić? Nie mija dużo czasu, zbierasz grupę i zapada decyzja - trzeba stąd spieprzać! I to w miarę szybko. Namiot? Nieee, co z tym gównem zrobić.. Hotel? Buhahaha chyba jak wujek przyśle coś z Ameryki, ale wtedy i tak lepiej buty w końcu kupić nowe. No to trza wyjechać za hajsem i zabawą. Najprościej nad morze, bo blisko, bo tanio, wszak to Polska w końcu. Jak ktoś się trochę orientuje to wie, w które rewiry uderzyć, a jak nie, to ma pecha, i tak na ulicy nie przeżyje. Organizujesz magnet, jakiś gumolit (no jakiś to może nie, bo jak nie ma dobrych paru metrów kwadratowych i nie wygląda w miarę estetycznie to raczej nie pomachacie za długo) albo płyty(znam takich hardcorowców co z płytami jeżdżą, w Bboys Unity nie raz to praktykowaliśmy, hehe) skrzynka browców, mota, mota i już siedzicie w pośpiechu gnającym gdzieś na północ(jak siedzicie nie tłocząc się na korytarzu to chyba jedziecie po sezonie).

Z rana kacyk, może nawet stacji się nie przegapi i nikt z pociągu nie wyskoczy(jak tam Czesio? pzdr!) - wtedy jesteście do przodu. Na miejscu error bo kumpel co miał noclegi nagrywać się nie pojawia więc koczowanko na peronie - fajna sprawa, co, może nie? Idziesz w miasto, bo chuj cię strzela, jak do niego dzwonisz po raz jedenasty. Na plecach torba, w ręce też jakieś bety, no i ten cholerny duet (parkiet+boombox), którym też ktoś się musi zaopiekować. Na plażę daleko, jak się idzie z buta a na plecach pół szafy. Zaczynasz się zastanawiać, że może nie będzie tak lajtowo. Noclegi przy deptaku? Ile za to? O rzesz kur...! No to chyba długo tu nie zostaniecie jak się czegoś na obrzeżach nie znajdzie.

Ale luz, dopiero południe, a ty z tym wszystkim popierdalasz raptem kilka godzin. Może plaża? Walić system! Idziecie. To wasz pierwszy krok do sławy. Nim całe miasto po tygodniu zacznie wam piątkę przybijać najpierw musi o was usłyszeć. Pierwsza reklama to właśnie brzeg morza. Gdy dziesięć osób z ekwipunkiem, którego pół wojska by wam pozazdrościło, ładuje się obok plażowych ręczników, zaczyna się poruszenie. Kiedy jednak boombox daje po uszach a wy robicie rozpier... znaczy się rozkręcacie imprezkę na plaży, tworzą się już pierwsze fan kluby. Nooo, a przecież jeszcze nawet nie rozwaliliście się nigdzie z tym cholernym parkietem... Po prostu magia.

Czas mija i zaczynacie kapować, że nie starczy Wam siana na długo, w perspektywie pierwszy nocleg na przydrożnej ławce no to może czas by coś uciułać... Namierzasz miejscówkę, organizujesz prąd i nim słońce schowa się za chmurami dajecie pierwszy pokaz. Jakoś to niby wychodzi, ale coś tu nie gra... Ludzie połowy akcji w ogóle nie kumają. Zamiast styli dajecie powery, zamiast powerów akrobacje, no teraz zaczyna coś wpadać. Tylko to chujowe uczucie, że robisz popierdółkę... zzzz no cóż, z czegoś trzeba żyć. Mija chwila dwie, łapiecie o co w tym biega krótkie napierdalanki, typowe show zamiast jamów. No i koleś, który ma gadane musi z czapką popierdalać bo nikt z tubylców sam się po portfel nie pofatyguje... Jest was dziesięciu bo nikogo na chacie zostawić nie wypada, to pierwsze grosze trzeba podzielić na całą armię, kiepsko? A no kiepsko, ale na przeżycie i melanż wystarczy, jest tak sobie, ale to przecież pierwszy dzień. Nie mija chwile, podbijają miejscowi, poznasz jeszcze wielu tancerzy... Niby cześć, cześć ale jednak wszyscy wiedzą, że wbijacie na ich miejsce, tańczycie razem, ale wiadomo, że zaczyna się rywalizacja. Oni, że spoko, jesteście gośćmi i bez hajsu nie wydolicie, więc możecie brać to miejsce a wy, że nie, nie, żeby przychodzili i jakoś dacie razem radę. Jeszcze po piątce. Więcej nie przychodzą. Równe chłopaki, choć faktycznie, mogliby czasem podbijać.

Grup podbija z każdym dniem coraz więcej, bo rozchodzi się info na wasz temat. Jamik tu, Jamik tam. Jakiś klimatyczny battle na molo w środku nocy (ach... te sceny rodem z BeatStreeta). Potem najebka i rano budzisz się połamany ok... 13.00. Wizyta w Tesco, jogurcik, wędlinka i po kilku PowerRaidach zaczynasz odżywać. Ładujesz się w autobus, 40 minut i jesteś nad morzem, kilka godzin i zahaczając o bar mleczny znowu uderzasz na deptak. Podbijają kolejne grupy, przyjeżdżają tancerze z innych miast, raz to battle raz meeting, zaczynasz łapać kontuzje, a tu ktoś wyzywa cię na streeta. Hmm, no to zaczynają się problemy ale dajecie rade. Zbieracie się, jedziecie do nich na rewanż, pokazujecie kto jest debeściak. Nie wszystkim się to podoba, zaczynają robić problemy. No cóż, nie każdy umie się bawić, nie każdy umie przegrywać.

Śpicie to tu to tam, nie zawsze wbijając na podłogę w swoim pokoju z dwoma łóżkami gdzie mieści się osiem osób. Chill out. Po niektórych najebkach szukacie maruderów o 13.00 "nad ranem". Jest nieźle, tylko czemu wszystko tak napierdala... Co wytrwalsi zaczynają kupować buty, no cóż, jak się chce można coś uciułać. Wypracowywujecie system, dzielicie się na grupy, dajecie pod ludzi. Część ma dosyć i wyjeżdża, kasa zaczyna się kręcić.

Czujecie się jak u siebie. Przejazdy na gape, ludzie rozpoznają was na każdej ulicy, laski same zaczynają kręcić. Raj. Tylko cały czas czujesz, że zaczyna brakowac ci prawdziwych treningów, tańca dla siebie, nowych numerów. W głębi duszy wiesz, że nie chodzi ci bynajmniej o hajs i spódniczki. Kolejne kontuzje, przetrenowanie, monotonia. Nie możesz cały czasz "pić red bulli i walić do ryja" - jak to powiedział jeden z moich znajomych. Mijają dwa, trzy tygodnie i przychodzi czas aby wracać. Ach... wakacje. Następne, już za rok!



Informacje o artykule
Data dodania:2004-02-05
Dział / Kategoria: taniec / felieton
Średnia ocena:10.00 (2)
Oceń artykuł: Aby ocenić artykuł musisz się zalogować
Autor:
Sajko   rap graffiti breakdanceSajko

Ostatnie artykuły tego autora:
Hating po polsku
W moich kręgach...
Poskromić fale
Byle do przodu, czyli breakdance na salonach.
Droga do nikąd

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
eMAeŁA
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
19:00:59, 27-09-06
nO nie ma cO +1o za ten artykuł ;D PeAce

Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 5 + 1 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-54-81-110-114.compute-1.amazonaws.com (54.81.110.114). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2017 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies