Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje
button_zwin_rozwin

hip-hop.pl »

10 przereklamowanych

10 przereklamowanych

Autor: Puffcio

Ktoś, nie wiem czy mądry, czy niekoniecznie, wypowiedział kiedyś niezłą sentencję: "jeżeli powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B". Proste, ale na swój sposób ciekawe, a do tego uniwersalne. Zacząłem od zacytowania owej prawdy ludowej, gdyż trzy numery temu przedstawiłem Wam moje dziesięć typów na płyty, które pozostały niedocenione pomimo swoich niezaprzeczalnych walorów, albo też po prostu szersze audytorium owych wydawnictw nie dostrzegło (a właściwie nie usłyszało). Dlatego też powracam ze swoim B, którym w tym przyIţ

1. Method Man "Tical 2000 - Judgement Day"
Zacznę od rzeczy kontrowersyjnej, coby najbardziej marudni i sfrustrowani od razu oderwali się od moich wypocn i pobiegli na forum wyładować swoje sapy. Drugie wydawnictwo pana zwanego między innymi jako Iron Lung wyszła po pięciu latach, po niezliczonych datach premiery, raz po raz przekładanych. To, co Mietek na nim zaprezentował na pewno nie jest rapem trzeciej ligi, ale powiedzmy sobie szczerze i otwarcie: nie tego po nim oczekiwaliśmy. Po wyśmienitym, mrocznym i bezsprzecznie klimatycznym "Tical" Clifford Smith zaserwował nam pseudo psychodeliczne, udziwnione brzmienia, które zamiast wkręcać głęboko w klimat albumu, zachęcały do jak najszybszego naciśnięcia przycisku "eject". Fakt, kilka numerów na pewno mogło się podobać. Trzeba jednak postawić pytanie, czy można uznać za wykonanie przez pierwszoligowca stu procent pięcioletniego planu poprzez wydanie najwyżej przeciętnego, niespójnego krążka, na którym 4 czy 5 na 28 kawałków (uwzględniając skity) wymiata? Na pewno nie. Ciekawe jak będzie z kolejnym, mającym ukazać się na dniach (w momencie, gdy to będziecie czytać, pewni już dostępnym) albumem Method Mana. Pożyjemy, zobaczymy.

2. O.C. "Jewelz"
O.C., podobnie jak Meth, z pewnością nie jest przeciętniakiem. Jego debiutancka płyta była istnym majstersztykiem, choć niewielu w naszym kraju zdaje sobie z tego faktu sprawę. Mając do dyspozycji niepowtarzalny głos i flow, umiejętności liryczne i mądrość mentora, szerokie koneksje z grubymi rybami rapu, będąc członkiem legendarnego składu D.I.T.C., mogąc dostać bit od każdego to, co zaprezentował na "Jewelz" brzmi jak kiepski żart. Krążek sanowi, z tego co wiem nie tylko dla mnie, jeden z niedoścignionych wzorów niespójności i smętniactwa. Warstwa tekstowa plasuje się zdecydowanie ponad przeciętnością, ale kto na Boga będzie się wsłuchiwał w mistrzowskie rymy na takich bitach? Posiadam ten krążek od jakichś czterech lub pięciu lat i nigdy nie udało mi się go przesłuchać w całości. Jedynymi smakowitymi kawałkami, lub jak ktoś woli, rodzynkami w tym niedopieczonym cieście są "War Games" z Freddiem Foxem, "Dangerous" z Big L'em i "Can't Go Wrong". Jako że "Jewelz" wydane zostało przez Payday Records, na próżno szukać go na polskich półkach sklepowych, ale w tym przypadku to plus - przynajmniej nikt nieopatrznie nie wyda sporej sumy (bo z pewnością ten album nie kosztowałby u nas 50 PLN) na gniota. Odpalcie lepiej net i ściągnijcie sobie numery, które wymieniłem. Na resztę szkoda czasu.

3. Keith Murray "He's Keith Murray"
Kolejnym na czarnej liście jest człowiek, który z pewnością nie pozostałby obojętny wobec faktu, że jakiś białas zaliczył jego najnowsze dziecko do dziesiątki najbardziej zjebanych albumów rapowych (ta dycha bynajmniej nie jest wyliczeniem najbardziej zjebanych albumów, ale porywczy Kajtek z pewnością dokonałby takowej nadinterpretacji). Nie ma lekko i w tym miejscu moja argumentacja będzie podobna: jak się jest członkiem Def Squadu, ma koneksje i wydało dwa naprawdę klasyczne krążki, nie można nagrać totalnego gniota. Nawet jeżeli od premiery poprzedniego albumu minęło siedem lat, z czego większość spędziło się w puszce. Jakby się bardzo mocno uprzeć jest kilka w miarę ciekawych momentów, ale z pewnością nie umywają się one do tego, co robił Keith Murray w latach swojej świetności przed inkarceracją? Ten krążek ma nieadekwatną do okoliczności nazwę. Powinien zostać zatytułowany "He's NOT Keith Murray". Poszukajcie lepiej "Enigmy" albo "The Most Beautifullest Thing In A World", jeżeli oczywiście jeszcze tych majstersztyków nie znacie.

4. Warren G "Take A Look Over Your Shoulder"
Warren G to nie byle lojtas, wybitny składacz rymów, ale przede wszystkim producent. Dekadę po wydaniu debiutanckiego krążka znawcy i fani g-funku wciąż jarają się jego zawartością. Tak, "Regulate... G-Funk Era" to z pewnością płyta ponadczasowa, genialna i posiadająca swoje stałe miejsce w kanonie muzyki rapowej. Niestety, jak już niejeden raz zdążyliśmy się przekonać, nawet geniusze wpadają w pułapkę drugiej płyty. Nie ma potrzeby tłumaczyć znaczenia tego określenia, bo każdy doskonale wie, o co biega. Warren na własnej skórze przekonał się, że będąc uznanym za wybitnego w swojej dziedzinie nie wystarczy za drugim podejściem odgrzać i przerobić na własną modłę kilku standardów muzyki rozrywkowej ("What's Love Got To Do With It" Tiny Turner i "I Shot The Sheriff" Boba Marleya). Albumowi brakuje zdecydowanie polotu, klimatu i spójności, które cechowały debiut. Nie warto kombinować tej płytki, ale ocenicie sami.

5. Lost Boyz "Love, Peace & Napiness"
Tak się śmiesznie składa, że debiut Zaginionych Chłopaków zaliczyłem do jednej z dziesięciu niedocenionych i niedostatecznie zauważonych płyt. Teraz, aby im się przypadkiem nie zrobiło za przyjemnie, mam zamiar nie zostawić suchej nitki na drugiej płycie kwartetu z nowojorskiego Queens. Nie wiem czemu - może za mało (lub raczej za dużo) wypalili trawki, może w momencie, gdy stali się już posiadaczami upragnionych Lexusów, Bejc, Mesiów czy Dżipów przestało im zależeć? Naprawdę nie wnikam. Prawda jest taka, że krążek jest mierny i tylko to się w tym momencie liczy. Pamiętam, jak parę lat temu z jednym z ziomów namiętnie odwiedzaliśmy jeden z marketów z artykułami RTV i AGD, w którym można było niekiedy wyrwać rzadkie i zajebiste krążki rapowe. Tam kupiłem "Legal Drug Money". W tym samym przybytku mój ziomeks, w stanie odurzenia oparami konopii indyjskich, znalazł "Love, Peace & Napiness" i nie wiedzieć (biorąc pod uwagę dalszy bieg wydarzeń) czemu zajarał się nią bezgranicznie. Niestety, po kilku dniach zweryfikował swój pogląd na temat nowego nabytku i pożałował, że nie upłynnił pięćdziesięciu żyli w zgoła inny sposób. Jaki z tego morał? Zanim kupicie jakiś krążek pod wpływem upalonej fascynacji, sprawdźcie go na trzeźwo. Wieeem, to trudne, ale chociaż warto spróbować, aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.

6. Ghostface Killah "Bulletproof Wallets"
Kolejny reprezentant Wu Familii w dzisiejszym, niechlubnym rankingu. Dziwna sprawa z tym Ghostfacem. Bardzo dobry pierwszy album. Drugi, wydany w okresie, delikatnie mówiąc, spadku firmy Klanu, w pięknym stylu wybronił się przed przylepieniem mu etykietki przykładu syndromu drugiej płyty. I co dalej? I trzeci krążek. I lipa po całości. Gdy znalazłem to wydawnictwo w którymś ze sklepów sieciowych mocno się zdziwiłem. Nie słyszałem wcześniej nic o tym krążku, w dodatku kosztował jakieś prześmieszne pieniądze. To wprawiło mnie w zaskoczenie przyprawione nutką konsternacji. Postanowiłem zaryzykować i kliknąć "zamów" lewym przyciskiem wysłużonej myszki. Gdy otworzyłem paczkę spodziewałem się czegoś co najmniej miłego. Fajna, mafioźnicko-skarfejsowa (oczywiście w oprawie jak przystało na rok 2001) w klimacie okładka. Nienadmiernie rozbudowana lista wątpliwego kunsztu gości. Poza tym nieposzlakowana właściwie jak dotąd reputacja Tony'ego Starksa kazała oczekiwać kolejnego solidnego, jeśli nie wybitnego krążka. Nawet najmocniejsze i oparte na jak najbardziej racjonalnych i słusznych przesłankach przeczucia i wnioski niekiedy okazują się absolutnie mylne. Tak to już w życiu bywa. Nie dość, że żaden numer nie pozwala "zaczepić się" na tej płycie, bardziej się wkręcić w klimat, to jeszcze traklista sobie, a kolejność rzeczywista sobie. Tego już za wiele jak na Ghosta. Musiałem skazać "Bulletproof Wallets" na dożywotnią odsiadkę na półce, bez możliwości ubiegania się o warunkowe umieszczenie w odtwarzaczu w celu dania im szansy na resocjalizację.

7. Ja Rule "Rule 3:36"
Chociaż, jak powszechnie wiadomo, Ja to jeden z większych frajerów rapgry, wciąż dość często sięgam po debiutanckie "Venni, Vetti, Vecci". Ten krążek po prostu ma w sobie coś, co nie pozwala mi o nim zapomnieć, głównie z powodu braku rozmydlonych, cukierkowych kawałków z Ashanti oraz ze względu na twarde, naprawdę solidne bity Irva Gottiego. Gdy w TV zaczęły śmigać nowe single z drugiego krążka warkotliwego chłopaczka doszedłem do wniosku, że chyba nie powinno być z nowym wydawnictwem aż tak źle. "Between Me & You", poza niekłamaną urodą gościnnie występujące pani Ch. Milian (doskonale kontrastującej zresztą z podręcznikową obleśnością Ja Rule'a) oferowało całkiem fajny, chwytliwy bit. Natomiast "Put It On Me", choć zwiastowało zupełną utratę resztek "pazurów" przez Jeffreya nawet aż tak strasznie nie wkurwiało słuchacza. Kiedy jednak wszedłem w posiadanie całej płyty okazało się, że prawdziwe jest przysłowie "jedna jaskółka wiosny nie czyni" (choć w tym akurat pzypadku jaskółki były dwie, ale to mało istotne). Nie ma tu nic interesującego Irv Gotti i inne lojtasy od instrumentali tworzyli chyba bity pod wpływem ciężkich narkotyków, inspirowani kinem grozy kategorii D, albo i E. Potworne syntezatory plus psychodeliczne wycie Ja Rule'a i jego kompanów z najgroźniejszej pod Słońcem organizacji przestępczej zwanej Murda Inc. przyprawiają, w najlepszym wypadku, o wymioty. Ozywiście sprzedało się to wszystko wspaniale. Cóż, żyjemy w świecie absurdu.

8. Gangstarr "The Ownerz"
Wielu pewnie obrazi się na mnie po tym, jak przeczytają że zaliczyłem do tej dyszki ostatnie dziecko Preemo i Guru, ale nic na to nie poradzę. Podkreślę tylko na początku, że "The Ownerz" nie podpada pod ostatnie zdanie wstępniaka - "(...)dziesiątką cedeków, którymi, jeżeli ktoś je z jakichkolwiek względów przegapił, nie warto raczej zawracać sobie głowy". Jeżeli chcecie - posłuchajcie tego wydawnictwa. Po prostu uważam, że ten krążek świadczy o zastoju grupy i jest doskonałym przykładem płyty przecenianej. A buńczuczne słowa, jakich w wywiadach przed- i popremierowych używali członkowie Gangstarr to czysty marketing. Po prostu, delikatnie mówiąc, panom lekko poprzewracało się w dupach. Na nowy album trzeba było czekać pięć długich lat, które okazały się okresem straconym. Nie chodzi mi o to, że "Ownerz" to płyta zła, bynajmniej. Problem polega na tym, że każda kolejna produkcja spod znaku Łańcucha i Gwiazdy była jakością samą w sobie, mistrzostwem świata, a mimo to można było swobodnie rzec, że każda stanowiła krok naprzód. Chłopakom udawało się za każdym posunięciem wydawać rzecz lepszą, bliższa doskonałości, chociaż słuchacze i krytycy okrzyknęli już poprzednika albumem doskonałym. Tak nie stało się niestety w przypadku "The Ownerz". Co napawa jeszcze większym pesymizmem - postawa Guru i Premiera nie wskazuje, aby uznali oni swoją porażkę i wyciągnęli z niej wnioski na przyszłość.

9. The Firm "The Album"
Jeszcze jeden, prócz "Jewelz" przykład na to, że dobry raper (w tym przypadku raperzy), dobrzy producenci i dobry zamiar nie wystarczają do tego, by nagrać dobrą płytę. W tym wypadku mowa o Nasie, AZ, Nature i Foxy Brown. O ile w kunszt dwojga ostatnich można mocno powątpiewać, tak Nas i AZ to pierwsza liga światowa. Bity majstrowały między innymi takie sławy jak Dr Dre i Trackmasters. Mimo to nie udało się. Krążek zebrał naprawdę marniutkie recenzje. Nie były to głosy krzywdzące. Jedynym, bezsprzecznie smakowitym kąskiem jest pierwszy singiel "Phone Tap". Reszta to naciągane, gangsterskie opowieści, jakich wiele w biznesie. Wiele gangsterskich historyjek opowiedzieli też w swojej karierze Nas, czy AZ. Różnica polega tylko na malutkim szczególe: one brzmiały o niebo lepiej.

10. Wu-Tang Clan - "Wu Tang Forever"
Niechlubne zestawienie zamyka absolutny pewniak w dzisiejszej kategorii. Nie było chyba w historii czarnej muzyki przypadku, w którym długo oczekiwana płyta mistrzowskiej i kultowej formacji zawiodła aż tak. A najgorsze jest to, że nic na taki obrót spraw nie wskazywało. Po klasycznym "Enter The Wu Tang 36 Chambers" poszczególni członkowie Klanu wydawali co raz to doskonalsze, przesycone ich indywidualnym stylem i charakterem albumy, które na stałe weszły do kanonu gatunku. Aż tu w 1997 roku światło dzienne ujrzał gniot, jakich mało. Na siłę podwójna, porażkowo zatytułowana płyta o przerażająco kiepskiej zawartości. Podkłady, jakie popełnił mistrz RZA przyprawiają o mocne torsje. Na okrasę panowie z wkładki zrobili sobie katalog wysyłkowy badziewnych ciuszków. Ostatnio, po latach, znalazłem u siebie ten podwójny krążek i postanowiłem sprawdzić, czy będzie brzmieć lepiej, tak samo źle, czy może jeszcze gorzej niż wtedy, gdy słuchało się go po raz pierwszy. Niestety, sprawdziła się ta trzecia opcja, a ja czym prędzej wyrzuciłem cedeka z odtwarzacza i dla opanowania zszarganych nerwów włączyłem sobie debiutanckie wydawnictwo Ghostface'a.



Informacje o artykule
Data dodania:2004-09-24
Dział / Kategoria: muzyka hip-hop / recenzja
Średnia ocena:nieoceniany
Oceń artykuł: Aby ocenić artykuł musisz się zalogować
Autor:
Puffcio Paweł Kozanecki  rap graffiti breakdancePuffcio

Ostatnie artykuły tego autora:
Hity nie potrzebne - wywiad z Afrontem
Pięciu podejrzanych o związki z rapem, czyli kilka zdań o Usual Suspects
Letnia dycha - 10 najlepszych LP na letnie wypady w teren
Skit Top Ten - czyli najlepsze gadki pomiędzy numerami
Przetrwać w oktagonie

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
anonim
Autor: eee tam   Link do posta
18:23:39, 16-09-04
ja bym tam z tego rankigu usunol the ownerz, plyta zajebista tak samo meth. i zamiast tego wsadzil bym najnowszego RZA i GUnit ktory jest poprostu kiepski...

anonim
Autor: yikes   Link do posta
16:31:05, 24-09-04
jezeli do tego zestawienia plyt zaliczyles "jewelz" oc to musisz miec nie po kolei w głowie,czlowieku!!nie twierdze ze to klasyk,ale bez przesady..plyta daje rade!!kawalki takie jak mistrzowski m.u.g. z freddie foxxxem czy dangerous z big l zasluguja na szacunek..jest o wiele gorszych tak zwanych "drugich plyt",które sa nie tym na co wszyscy czekali..no ok ,ale to przeciez zestawienie plyt mainstreamowych..warren g,ja rule i wu-tang to pozostawiam bez komentarza i polece niedzielnym zajawkowiczom..

RootAKool
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
10:16:08, 25-09-04
co do ownersów i jewelz (win the G!!! ;)) to sie nie zgodze zupełnie.... ale co do Firm to 101% popracia - też się nagrzałem, a jak to usłyszałem to... :/

anonim
Autor: kura humbana   Link do posta
16:53:53, 05-08-05
ty zidiocialy frajerze, chuj ci w dupe idz sluchac mezo i filona

anonim
Autor: szejn   Link do posta
11:28:55, 14-06-06
fakt, co do wu tanga forever, to chyba na zadnej innej plycie sie tak nie zawiodlem, a najdziwniejsze jest to, ze jakby wybrac z tej papki najlepsze kawlaki i zrobic z tego jedna plyte byla by bardzo dobra - wrecz zajebista

dtc
Autor: dtc   Link do posta
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
21:51:31, 21-08-06
Jewelz w perzereklamowanych? Kimkolwiek jesteś uspokój się człowieku

anonim
Autor: SuperTen   Link do posta
08:44:55, 06-12-06
powaliło cię ta płyta Lost Boyz jest zajebista, widocznie nierozumiesz...

anonim
Autor: B.Woop   Link do posta
17:11:08, 03-01-07
Naprawde bardzo dziwi mnie umieszczenie na liscie plyty Gangstarr  \"The Ownerz\". Swiadczy jedynie o niezbyt dobrym rozeznaniu sie w omawianym temacie.

Autor:    Link do posta
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
00:16:29, 08-04-07
tak samo WU forewer i OC

Barack Obama
Wyślij prywatną wiadomoś do użytkownika
20:38:50, 15-11-08
ZGODZE SIE Z TYM ZE "THE OWNERZ" JEST TAKA SOBIE PLYTA. OTOZ PREEMO I GURU SWOJE POPRZEDNIE PLYTY UTRZYMYWALI W JAZZOWYM KLIMACIE, WOKAL I FLOW GURU NADAJE SIE TYLKO DO WOLNYCH I LAGODNYCH KAWALKOW. NATOMIAST OWNERSI TO JUZ ALBUM Z NOWOCZESNYMI BITAMI I NA TYM POLEGA ICH PROBLEM. WIELE GRUP ZAKONCZYLO SWA DZIALALNOSC(POKI CO DO TEGO GRONA NIESTETY ZALICZA SIE GANGSTARR) PRZEZ TO ZE RAP POSZEDL DO PRZODU. PRZYKLADY? GROUP HOME JUZ NIE NAGRYWA, ABOVE THE LAW TAK SAMO I MOGLBYM TAK DLUGO WYMIENIAC

Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 3 + 2 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-3-228-11-9.compute-1.amazonaws.com (3.228.11.9). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.