Aby zapewnić prawidłowe działanie strony oraz żeby hajs się zgadzał używamy ciasteczek.
Szczegółowe informacje

hip-hop.pl »

Jak muzyczny show wyglądać nie powinien, czyli refleksje po Fryderykach 2001

Jak muzyczny show wyglądać nie powinien, czyli refleksje po Fryderykach 2001

Autor: muf'mi'eM

Rozdanie Fryderyków co roku, podobnie jak i inne tego typu wydarzenia, jest komentowane w mediach z różną zaciekłością. Zarzuca się stronniczość osób przyznających to wyróżnienie, działanie na korzyść wielkich wytwórni fonograficznych kosztem niezależnych i często oryginalnych artystów itp. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na zupełnie inny aspekt tej "uroczystości". Zamiast drwić, nienawidzić, bądź śmiać się wyciągnijmy wnioski. Program ogólnopolski, nadawany w telewizji publicznej, niewątpliwie zorganizowany przy dużym nakładzie finansowym - właśnie... Coraz więcej jest organizowanych imprez promujących Hip-Hop, jedne lepsze, drugie gorsze. Zamiast narzekać na organizatorów, lub organizatorzy na publiczność, albo na kogoś innego, uczmy się na cudzych błędach - i to na błędach kosztownych, w dodatku popełnianych za nasze pieniądze.

Na początek konferansjer - osoba, która może dodać barw całemu wydarzeniu, albo równie dobrze zamęczyć publiczność. Kayah - ze swoim stażem na scenie i dorobkiem artystycznym była odpowiednią osobą, ale kto pamięta dziś pana Czajkę prowadzącego RapDay? Wg mnie tak samo pasowała tutaj Grażyna Torbicka. Wiem, że przez wielu (raczej ze starszego pokolenia) jest uwielbiana, ale od pewnego czasu - podobnie jak Krystyna Janda podczas rozdania Wiktorów - za bardzo podkreśla wypowiedziami swoją osobę starając się zepchnąć w tło drugiego prowadzącego. Gdyby to było jedyne przewinienie, to można by przemilczeć. Ale... Prowadzący show powinien umieć odnaleźć się w klimacie imprezy, wiedzieć gdzie kończą się granice dobrego żartu, i przede wszystkim mieć konkretne pojęcie na dany temat. Zamiast tego mogliśmy usłyszeć "raz, dwa, trzy, a nagrodę wręczysz ty", "brawo, gratulujemy bardzo bardzo", albo pytanie do Krzysztofa Krawczyka "A za ile płyt ta marynareczka?". Jakby tego było mało, pani Grażyna usilnie chciała zabłyszczeć, więc powtarzała jak echo (dosłownie) co lepszą kwestię Kayah lub usiłowała po prostu ją zagłuszyć. Na szczęście sama Kayah potrafiła czasem uratować sytuację i energicznie zapowiedzieć występ np. T. Love, bo jej "koleżanka" zrobiła to (z całym szacunkiem z mojej strony dla starszych osób) jak na balu w domu kombatanta (spróbujcie sobie wyobrazić takie "natchnione" "T. Love"...).

Imprezy, imprezy, a na nich goście... Nieraz pewnie ktoś z czytelników zawiódł się, bo koncert nie spełnił jego oczekiwań. Dlatego apeluję do wszystkich organizatorów, właścicieli klubów itp. Jeżeli tylko jest okazja dajcie szansę nieznanym zespołom - może to oni okażą się odkryciem i alternatywą dla znanych, często prawie identycznych formacji grających wciąż to samo - a Wam przyniosą zysk. Oczywiście wcześniej należy sprawdzić kogo się zaprasza, bo na naszym, polskim rynku, mamy już kilkanaście konkretnych pomyłek / wybryków firmowanych nawet przez światowe koncerny! Aby nie być gołosłownym zapytam, czy ktokolwiek z osób, które oglądały transmisję z rozdania Fryderyków 2001 pamięta grane tam utwory? Czy naprawdę w całej Polsce nie było żadnego ciekawego zespołu? Patrzę na całą galę obiektywnie, bez faworyzowania jakiegoś gatunku muzycznego, i muszę przyznać, że oprócz Krzysztofa Krawczyka chyba nikt inny nie zaprezentował utworu na odpowiednim do skali widowiska poziomie.

Kolejne niedociągnięcia organizacyjne rzucały się w oczy z wprost zadziwiającą regularnością. A przecież wiadomo, że rozdanie statuetek odbywa się co roku, wiadomo gdzie, i wiadomo jak ma przebiegać. Jak widać nawet duże pieniądze nie mobilizują. Niektóre zmiany ujęć sugerowały, że każdy operator kamery ma problemy z zachowaniem równowagi. Osoba, która zgodnie z planem miała odebrać statuetkę, gdzieś zniknęła (a wcześniej była już na scenie). Panie prowadzące show musiały przez kilka minut mówić o niczym, ponieważ zespół dopiero instalował na scenie wszystkie instrumenty. Później (przy kolejnych zespołach) ten sam zabieg przeprowadzano w następujący sposób: pan Skiba pojawiał się wśród publiczności zdobywając się na niezbyt porywające wypowiedzi, zrywał z fotela np. Jacka Cygana i improwizował z nim tyle ile wymagała dana sytuacja. Dzięki temu kolejny zespół rozpoczynał koncert bez oczekiwania w ciszy, za to publiczność musiała się nieźle nagimnastykować w fotelach, żeby zobaczyć co się dzieje z tyłu. Krzysztof Krawczyk, będąc już na scenie otrzymał kilka pytań od konferansjerek i pewnie by nie odpowiedział, gdyby nie udało mu się zaznaczyć, że nic nie słyszał w odsłuchach. Jak już usłyszał to w prezencie dorzucono mu pytanko o marynareczkę, a wszystko na minutę przed koncertem. Ja dziękuję za takich prowadzących. Publiczność bez tego potrafi być wymagająca. Ale jak widać zarówno TVP, jak i przedstawiciele koncernów fonograficznych (bo przecież ta impreza jest właściwie dla nich) kierują się maksymą "Odbiorca jest częścią tłumu, a tłum ma się cieszyć, że dostaje cokolwiek, a nie wymagać"...

Jest scena, trzeba na nią wyjść i trzeba się jakoś zachować. Problem uniwersalny, niezależnie od kultury, gatunku, rodzaju imprezy. Żenujących form wykorzystania mikrofonu tego dnia było wiele. Znamy to także z autopsji. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać dobrze poradził sobie... Norbi. Ten pan był najbardziej medialny - umiał się zachować i poprowadzić ten mały fragment show naturalnie, z odrobiną humoru, ale bez wprowadzania słuchających w zakłopotanie w stylu "śmiać się, czy udawać, że nie słyszałem?". Widać, że wyciąga wnioski z doświadczeń scenicznych. Dołączył do niego lekko i z gracją Mietek Szcześniak - mimo swoich umiejętności emanujący skromnością (jeśli ktoś nie umie obiektywnie popatrzeć np. na wokal jazzowy, to nic na to nie poradzę), oraz Leonard Cohen, który dziękował wytwórni za to, że UMOŻLIWIŁA ludziom w Polsce poznanie jego płyty (!). Z klasą podkreślił szacunek dla fanów subtelnie przycierając nosa wytwórni i wznosząc toast polską wódką. I mimo iż było to jedynie nagranie przysłane zza oceanu, można śmiało powiedzieć, ze stanowiło jeden z najcieplejszych momentów całej gali. Uczmy się, bo tego nam brakuje - i nie mam na myśli wódki.

Całość dopełniły "występy" odbierających "nagrody". Ogólnie można to było określić mianem "Jesteśmy najlepsi, bo tak twierdzi nasza wytwórnia". Prawie każdy dziękował właśnie swojemu wydawcy, często pomijając rodzinę, znajomych, o fanach nie wspominając. Może nie rzucało się to w oczy, ale w pewnym momencie, podczas ogłoszenia kolejnego "zwycięzcy" wypowiedziano zdanie "aaaleeee.... Brathanków nie ma..., aaa dojechali, są, zapraszamy!". Ale jednak ich nie było i wyszła pani z wytwórni właściwie chwaląc samą wytwórnię ("dla najlepszej wytwórni w Polsce - ..." i tu padła nazwa). Wstyd. To wytwórnia tworzy muzykę, czy artyści?

Aby być sprawiedliwym zwrócę też uwagę na pozytywne fragmenty Fryderyków, niestety nie było ich zbyt wiele. Zostając w temacie wytwórni muszę oddać ukłon w stronę przedstawicieli (niektórzy znają tych panów, ale nie o tym mowa) reprezentujących Paktofonikę. Wyraźnie zaskoczeni wyróżnieniem odebrali statuetkę ani słowem nie wspominając o Gigant Records. A była szansa na całą Polskę! Przecież nawet większość ludzi znajdujących się na sali nie miała pojęcia o Hip-Hop'ie, a co dopiero o zespołach itd. Ale autoreklamy nie było. Uczczono również zmarłego Grzegorza Ciechowskiego, który zawsze będzie jednym z najlepszych twórców muzyki w tym kraju. Zdecydowanie zasłużone nagrody odebrali jego koledzy z zespołu i każdy powinien wiedzieć, że stałoby się tak niezależnie od tego smutnego wydarzenia. Pięknym elementem gali był też jazzowy koncert fortepianowy Włodzimierza Nahornego. Mimo krytyki należy także docenić wysiłek - i to wysiłek największy podczas Fryderyków. Mam na myśli zespoły grające koncert. Koncert przed zblazowaną publicznością, gdzie każdy myśli raczej o swoich osiągnięciach. Koncert przed kolegami z branży wiedzącymi gdzie jest poza, fałsz, zagranie pod publikę. Przed kolegami, którzy nie reagują na takie sztuczki, bo sami je stosują. Koncert przed ludźmi być może pełnymi zawiści, że to nie oni stoją na scenie, że to nie oni dostali statuetkę, że to nie oni załapali się na reklamę w telewizji. Jeśli nie rozumiesz, to zagraj taki koncert.

Jak się mają Fryderyki do Hip-Hop'u? Bardzo. Zwłaszcza jeśli jest taka kategoria, jeśli ludzie ze środowiska otrzymują tą statuetkę i jeśli jest to najpopularniejsza muzyka wśród młodzieży. Można śmiało powiedzieć, że nominacje za najlepszą płytę Hip-Hop nadal budzą kontrowersje. Pomijam wcześniejszy brak takowej kategorii (sic!). Tym razem też nie wszystko było w porządku. Pisał o tym już Seba, więc tylko zaznaczę, że drum'n'bass istnieje od wielu lat a nawet Wy - fani ignorowanego dawniej (i często nadal) Hip-Hop'u nie macie pojęcia co to jest, o ludziach odpowiedzialnych za Fryderyki nie wspominając. Jeśli chcesz szacunku dla własnej kultury / muzyki, to znaj się na innych. Nie bądź ignorantem. Przypomina mi się reklama pewnej stacji radiowej, na której widniał pan z wąsem i fryzurą "krótko z przodu, długo z tyłu" (każdy wie) wypowiadający kwestię "Drum'n'bass? To jakiś szampon?". Do dziś żałuję, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia, więc jeśli ktoś je posiada, to proszę o kontakt. Wracając do nominacji - Paktofonika - oczywiście, i mimo wielu osób wolących inny styl to właśnie ta płyta najwięcej zmieniła w zeszłym roku, może pośrednio, ale statuetka jak najbardziej się należała. Dla przeciwników dodam, że za rok będą kolejne nominacje, zróbcie płytę-hit i wygrana w kieszeni. Każdy ma szansę.

Nie pamiętam, żebym spotkał się na imprezach hip-hop'owych z ewidentnym nabijaniem się z innej muzyki. A Fryderyki wciąż usiłują nas ośmieszyć lub zaszufladkować z niewłaściwymi osobami. Jakim prawem? Sama zapowiedź kategorii "hip hip hip hop" prosi się o reakcję. Pani Torbicka zapowiada, że wejdzie była zdobywczyni statuetki w kategorii Hip-Hop - czyli Reni Jusiz, na szczęście Kayah jakoś z tego wybrnęła, mówiąc, że "sympatyzująca z kategorią"... Pan Skiba prowadząc wywiad z liderem Ich Troje - panem Wiśniewskim - "udaje" pseudoruchy hip-hop'owe, i porównuje swojego rozmówcę do "hip-hop'owca" - kompletnie niesmaczne. Nikt z nas nie pcha się do prowadzenia koncertów np. rockowych i prosimy o takie samo traktowanie.

Hip-Hop w Polsce wciąż się rozwija dając nam szansę na zaznaczenie własnej obecności w sposób w jaki byśmy tego chcieli. Obecnie nie ma większych problemów z liczbą organizowanych imprez, dostępnością muzyki w sklepach itp. Wiadomo, że nie jest idealnie (np. brakuje audycji radiowych, stacji TV), ale jest i będzie, jeśli tylko nie zmarnujemy tego co już mamy. Spójrzmy na Fryderyki i na inne masowe wydarzenia krytycznie, w odniesieniu właśnie do Hip-Hop'u, koncertów i imprez, na które chodzimy. Wyciągnijmy wnioski z cudzych błędów, żeby ich nie powielać. Wtedy więcej imprez będzie udanych, więcej ludzi zadowolonych, i nikt nie będzie śmiał wątpić, czy nasza kultura jest kulturą.



Informacje o artykule
Data dodania:2002-09-25
Dział / Kategoria: muzyka hip-hop / felieton
Średnia ocena:nieoceniany
Oceń artykuł: Aby ocenić artykuł musisz się zalogować
Autor:
muf'mi'eM Marcin Tomczyk  rap graffiti breakdancemuf'mi'eM

Ostatnie artykuły tego autora:
Ulica vs. reszta świata

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Dodaj wypowiedź

Autor: Podaj wynik dodawania: 1 + 4 =

Pozostało znaków: 1250

Uwaga:
Twój host to ec2-18-206-16-123.compute-1.amazonaws.com (18.206.16.123). Informacja ta zostanie zapisana wraz z Twoją wypowiedzią. W przypadku naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych informacja ta zostanie ujawniona tak aby ułatwić ściganie autora.

Hip-Hop.pl © 2000-2019 • kontakt • redakcjareklamamateriały promocyjneFAQ, pomoc i zasadyPolityka Cookies